Marek  S.

Wspomnienie o Beacie Florkiewicz

Beata Florkiewicz

27.04. 2019 r. wczesnym rankiem, w wigilię Święta Bożego Miłosierdzia, zebraliśmy się tłumnie w Świętej Katarzynie na pogrzebie śp. Beaty Florkiewicz, która wraz z mężem Januszem była członkiem naszego kręgu. O godz. 8 modliliśmy się różańcem i koronką do Bożego Miłosierdzia przy trumnie zmarłej, a następnie o godz. 9 w kościele parafialnym uczestniczyliśmy w Eucharystii,  aby wraz z rodziną i przyjaciółmi Beaty, podziękować Bogu za Jej życie.

Drogi wielu  obecnych na pogrzebie zetknęły się z drogą życia Beaty, przed prawie 30 laty  pod „Czwórką”, w Centralnym Duszpasterstwie Akademickim przy ul.Katedralnej 4 we Wrocławiu. Tam ks. prałat Aleksander Zienkiewicz „Wujek”, ks. Włodzimierz Wołyniec, ks. Tadeusz Reroń otaczali nas – studentów swoją kapłańską opieką, abyśmy wśród tylu dróg, które proponuje świat, nie zgubili tej jednej, jedynej, najważniejszej drogi, drogi, która prowadzi do domu Ojca; drogi wiary, nadziei i miłości.

Dobrze pamiętamy, jak  Beata aktywnie uczestniczyła w życiu duszpasterstwa. Już wtedy dała się poznać jako skromna, radosna osoba, w której życiu na pierwszym miejscu był Bóg, modlitwa i człowiek. Gotowa była do każdej posługi. Była tam, gdzie trzeba było coś przynieść, przygotować , posprzątać, ugotować. Studenckie wyjazdy do Stegny Gdańskiej z „ Wujkiem”, pielgrzymki do Częstochowy, pielgrzymka do Włoch, „ czwórkowe” agapy, sylwester na Górze św. Anny,  jasełka w duszpasterskie, pozwoliły nam poznać Ją, jako osobę niezwykle uczynną. Wielu z nas pamięta jej wspaniałą rolę Maryi w jasełkach,  w których z wielkim wyczuciem zagrała Matkę Pana Jezusa przygotowując się tym samym niejako do swojej życiowej roli, do jakiej Bóg Ją powołał.

Nie marzyła o wielkich czynach, zdobywaniu świata. Jej pragnieniem było być kochającą i kochaną żoną, matką, córką, siostrą, przyjaciółką. Bardzo chciała służyć Bogu i ludziom. W duszpasterstwie pod „Czwórką”poznała Janusza swojego przyszłego męża. Widzieliśmy jak rozwijała się ich przyjaźń, jak przeżywali swoje narzeczeństwo. Beata bardzo poważnie traktowała swoje przygotowania do sakramentu małżeństwa uczestnicząc podobnie jak większość z nas („czwórkowych małżeństw”) w katechezach prowadzonych przez „Wujka”; dziś Sługę Bożego ks. Aleksandra Zienkiewicza – autora m.in. książki „ Miłości trzeba się uczyć”. Był on zawsze dla Beaty i Janusza wielkim autorytetem. Często nam powtarzał, że „trzeba być człowiekiem z zasadami, z charakterem, a nie chorągiewką, która kręci się, jak wiatr zawieje”. Takim człowiekiem starała się być Beata. Zawsze poważnie traktowała życie,  jako dar, który dał człowiekowi Pan Bóg. Wiedziała, że nie można tego daru marnować. Każdy dzień, każdą chwilę trzeba dobrze przeżyć. Nigdy nie wybierała drogi na skróty. Rzetelna, skrupulatna, wymagająca od innych, ale przede wszystkim od siebie samej. Te słowa św. Jana Pawła II o wymaganiu od siebie nawet, gdyby inni  od nas nie wymagali, były bliskie Jej sercu. Mocno żyła też prawdą, że życie jest nam nie tylko dane, ale i zadane.

Małżeństwo zawarte z Januszem 2. 10. 1993 r.( w zeszłym roku obchodziliśmy  25-tą rocznicę ich ślubu) rozpoczęło nowy rozdział w ich życiu. Janusz działał w rodzącym się  Radiu Rodzina, a Beata udzielała się w Duszpasterstwie Rodzin przygotowując młodych ludzi do sakramentu małżeństwa. Pomimo wielu obowiązków zawodowych i innych zawsze miała z mężem czas dla rodziny, przyjaciół, znajomych. Kiedy przyszedł na świat ich pierwszy syn Piotr, promieniowała szczęściem. Była taka wdzięczna Bogu za dar macierzyństwa. Pamiętam nasze spacery do Parku Szczytnickiego i dziesiątki babek wykonach z naszymi dziećmi w piaskownicy. Beata była zawsze otwarta na życie. Uczyła tej otwartości innych. Z miłością przyjmowała  dary Pana Boga, jakimi byli synowie Tomek i Jacek. Z matczyną troską pielęgnowała i rozwijała w nich dary, które otrzymali na chrzcie świętym: dar wiary, nadziei, miłości.

Zawsze imponowała nam swoją życiową mądrością, zaradnością. Po ukończeniu studiów i naturalnym rozstaniu z duszpasterstwem akademickim poczuła z Januszem pragnienie dalszej formacji, ale już w małżeństwie. Postanowili podjąć formację w Domowym Kościele, do czego zachęcili pięć innych „czwórkowych” małżeństw. Dzięki inicjatywie Beaty powstał nasz krąg  przy kościele św. Macieja, w którym była do końca. Nie myślała tylko o sobie, ale też o innych. Byli z Januszem naszą pierwszą parą animatorską, która zachęcała nas na wszelkie sposoby do wierności charyzmatowi Ruchu Światło- Życie. Pamiętam do dziś, jak kiedyś żaliłam się Beacie, że nie mamy jak zrobić z mężem dialogu małżeńskiego, bo są małe dzieci i mnóstwo innych przeszkód. Pamiętam, jak kazała mi przyprowadzić synów do swojego domu, żeby się nimi zaopiekować i odprawiła nas, abyśmy tym razem bez przeszkód mogli rozmawiać. Państwo Florkiewicz jeździli z dziećmi na rekolekcje, ORAR-y, organizowali spotkania formacyjne dla małżeństw, byli pilotami kręgu, całym sercem oddani byli ruchowi. W 2005 r. zamieszkali w Świętej Katarzynie i także tu postanowili założyć krąg.

Beata zawsze chciała służyć, na pierwszym  miejscu Bogu, potem mężowi, dzieciom, rodzinie, przyjaciołom. Kiedy zachorowała, bolała nie nad tym, że cierpi, ale nad tym, że choroba ogranicza Ją w służeniu innym. Przyjmowała ten ból z pokorą. Przez kilkanaście lat niosła wytrwale z pomocą kochanego męża krzyż choroby. Ofiarowała swoje cierpienia w różnych intencjach. Łączyła swoje cierpienie z cierpieniem Chrystusa. Choroba robiąc spustoszenie w Jej ciele nie zdołała złamać Bożego ducha w Niej. To było niesamowite, że im bardziej była chora, im więcej miała trudności z oddychaniem, tym większą miała wiarę, z tym większą pokorą poddawała się woli Boga. Kiedy ostatni raz była w szpitalu na przełomie grudnia i stycznia tego roku i  miała mieć zabieg tracheotomii,  miała dwie odpowiedzi na to:„ Jezu ufam Tobie „ i „Ojcze, bądź wola Twoja” W tych dwóch zdaniach można by śmiało zawrzeć całe życie Beaty.

Choroba doprowadziła do tego, że przez kilka ostatnich lat Beata nie mogła wychodzić z domu. Ograniczała jej możliwość pełnego uczestnictwa w Eucharystii. A Ona jak najczęściej pragnęła przyjmować Komunię Świętą. Każdą Mszę Świętą odprawianą w jej domu za zgoda ks. Biskupa Andrzeja Siemieniewskiego przeżywała jak największe święto. Dziś najgłębsze pragnienia Beaty się spełniły. Wierzymy, że jest z miłosiernym Jezusem tak blisko, jak nigdy tu na ziemi, bo widzi Go, twarzą w twarz.

Od  lat w salonie bezpośrednio nad łóżkiem Beaty wisiał obraz „ Droga do Emaus”. We środę 24.04. 2019 r. kiedy odchodziła z tego świata do domu Ojca, w liturgii  Słowa na ten dzień czytaliśmy właśnie Ewangelię o drodze uczniów do Emaus. Oni nie rozpoznali w towarzyszu swojej drogi Pana Jezusa. Beata przez całe swoje życie miała świadomość, że Pan Jezus jest przy Niej. Wierzyła głęboko w to, że zwłaszcza w trudnych chwilach Jej życia On jest z Nią   i nigdy Jej nie opuści. Beata bardzo kochała Jezusa, kochała też bardzo Maryję, Jego Matkę. Często widzieliśmy Ją modlącą się na różańcu.

Śmierć Beaty w czwartym dniu oktawy Wielkanocy, w piątym dniu nowenny przed Świętem Bożego Miłosierdzia, i pogrzeb w wigilię Święta Bożego Miłosierdzia jest dla nas żyjących wymownym znakiem Łaski Bożej, tego jak miła Bogu była ofiara Jej życia, cierpienia, modlitwy, skoro powołał Ją do Siebie w tym świętym czasie. Po ludzku cierpimy z powodu Jej śmierci, ale nasz ból, żałoba, smutek przepełnione są nadzieją, którą wlewa w nasze serca Chrystus Zmartwychwstały.

Zakończę moje świadectwo o śp. Beacie Florkiewicz treścią ostatniego sms-a, który wysłała do mnie na dwa dni przed śmiercią: „Z okazji Świąt Wielkanocnych składamy w ten czas radosny życzenia ciepłe jak tchnienie wiosny. Niech wszystkie troski będą daleko, a dobro płynie szeroką rzeką. Jezus żyje! To cała nasza nadzieja. Pozdrawiamy. Florkiewicze”.

Tej nadziei staram się mocno trzymać z pomocą Chrystusa Zmartwychwstałego.

Małgorzata Wańczyk,

II krąg – Rejon Maciejówka